No i zatoczyłam koło. Bynajmniej nie w życiu. O nie, tu jestem już zupełnie gdzie indziej. Zupełnie. Może powinnam raczej powiedzieć, że ten blog zatoczył koło. Zaczęło się od warstw i znów tu jestem.
Myślę sobie, że czasem chcę być ogrem, o którym mówi Osioł: „tort! Wszyscy lubią tort. I tort ma warstwy”. A przecież prawdy się nie ukryje: „ogry są jak cebula!”. Intensywne w smaku, zapachu i w całości złożone z warstw – nie dla każdego.
Zwłaszcza w ostatnim czasie te warstwy dają o sobie znać. Są wyraźne i przeplatają się między sobą.


Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo lubię jeść surową cebulę. Nie jako dodatek do kanapki pokrojoną w małe kawałeczki, ale jako jeden z głównych składników. W. się śmieje, że jedzenie cebuli jak jabłko, to wynik życia na wschodzie 😅 Najsmaczniejsza część cebuli, to jej środek. To jest coś, bez czego cała zabawa w jedzenie cebuli traci sens.
I tak sobie myślę, że te wszystkie moje cebulowe warstwy chronią ten środek. Z jednej strony chronią skutecznie. Z drugiej – dobrać się do środka jest bardzo ciężko.


Myślę sobie, że to coś we mnie, co pomogło mi przejść do porządku dziennego z życiem miesiącami w przylądkowym pokoju metr na metr, teraz zaadoptowało mnie do tej nowej sytuacji. Tej sytuacji, która rozdziera serca, ale nie jest możliwa do zmiany. Tak samo, jak nie miałam wpływu na zamianę szpitalnego pokoju, urządzeń świecących i pikających, rurek wychodzących z ciałka mojego synka na normalne życie w domu, tak samo nie mam wpływu na to, co się wydarzyło w ostatnim czasie.
Wtedy, ta niedoceniana kiedyś przeze mnie zadaniowość i umiejętność adaptacji, pozwoliła mi funkcjonować najnormalniej na świecie. Jakby Przylądek od zawsze był moim domem. Nie było dnia, gdy powiedziałam, że mam już dość i tak się dłużej nie da. Tylko dla Ł. chciałam wracać do domu. Bywałam zmęczona, to prawda, ale w domu też bym była.
I tak samo teraz – wydarzyło się coś, czego nikt nie chciał. Nie pytam dlaczego, to mi nie pomoże, nic nie zmieni. Mam za to cel – żyć dalej. Przede wszystkim dla Ł. I pamiętać o F.


I teraz pytanie, które mnie dręczy od trzech miesięcy: czy ja mogę dalej normalnie żyć? Gdy On już nie żyje. Czy ja mam prawo cieszyć się dniem, gdy on już żadnego dnia nie przywita? Czy mogę się śmiać, gdy już nikt, nigdy nie zobaczy tamtego promiennego uśmiechu?


Co jest gorsze: myśleć o nim, o tym co teraz by robił, jaki by miał charakter, czy ciagle by ochoczo obdarowywał wszystkich uśmiechem? Czy może nie katować się tym, na co nie mam wpływu i co nigdy się nie wydarzy? A tym samym… powoli, z każdym dniem zapominać coraz bardziej.
Z drugiej strony jeszcze nie odważyłam się obejrzeć zdjęć i filmików. A lada moment koniec wakacji i czas wywoływania tych, które nazbierały się przez rok. Rok. Czyli okres, który zamknął w sobie cały jego cykl: narodziny, życie, śmierć.


Każde doświadczenie czegoś nas uczy. Myślę więc, że w tym miejscu będą pasowały słowa, które się przypisuje Robinowi Williamsowi, chociaż to nie on jest ich faktycznym autorem: „Każdy, kogo spotykasz, toczy walkę, o której nic nie wiesz. Bądź życzliwy. Zawsze”
Często oceniamy ludzi na pierwszy rzut oka. Po pierwszym wrażeniu, jakie ktoś na nas zrobi. Oceniamy według naszych standardów nie wiedząc tak naprawdę nic o tym, co się dzieje w tym człowieku i wkoło niego, gdy żadne z obcych oczu nie patrzy.
Ostatnio poszłam do apteki, w której była kolejka. Ja ogólnie tańczę stojąc w kolejce, bo nie jestem w stanie wystać na baczność.  Wtedy dodatkowo się bardzo spieszyłam, więc mogę tuptanie było bardziej zniecierpliwione. Przy okienku stanęła pani, która wolno zaczęła tłumaczyć: z tej recepty to, z tej tamto, tu zamiennik. I w końcu mówi „I jeszcze są takie napoje odżywcze dla osoby chorej onkologicznie”…
I co w takiej sytuacji? Mam powiedzieć, że spóźnię się na balet córki? A jakie to przy tym wszystkim ma znaczenie?
Nigdy nie wiemy, jaką bitwę właśnie ktoś toczy w sobie. Bądźmy życzliwi dla wszystkich. Nie oceniajmy.


Dziś mija 3 miesiące od tamtego czwartku, gdy ostatni raz go przytuliłam 🩵