
Miesiąc. To już Miesiąc. Wiem, że wielu z Was czeka na wieści, co u nas, jak się trzymamy. Chociaż nie będzie to łatwy (dla mnie) wpis – jestem.
Kojarzycie film „Inni” z Nicole Kidman? Matka dwójki dzieci stawia czoła codzienności i chociaż radzi sobie całkiem dobrze, to czuje pod skórą, że coś jest nie tak. I tak samo ja – jestem tu, robię, co do mnie należy, uśmiecham się, ale podświadomie czuję, że coś jest nie tak.
A może bardziej niż analogia do Kidman pasuje do mnie jakikolwiek bohater gier komputerowych, który po przegranej rundzie wraca w to samo miejsce, w którym już był i walczy dalej. Ostatnio czuję się, jakbym wróciła do maja 2025 – jestem ja, W. i Ł. Spędzamy razem czas, ogarniamy ogród, chodzimy na plac zabaw. Z tą różnicą, że nie jest mi cały czas niedobrze i mieszczę się w swoje ubrania. Jakby cały ostatni rok nie istniał. Czasem tylko, z błahego na pozór powodu zaczynam płakać albo coś utrudnia mi oddech, jakby ktoś siedział mi na klatce. Jakby moja bohaterka odczuwała, że jeszcze chwilę temu była o kroki milowe stąd.
Nie wiem jakie są etapy żałoby, ale u mnie obecnie gości wyparcie. Ale nie wyparcie samej śmierci, tylko narodzin, życia i umierania. Niby wiem, że miałam synka, niby wiem, że miesiącami mieszkałam w szpitalu, ale tego nie pamietam. Nie sięgam do zdjęć w telefonie, nie wspominam. A nawet, gdy czasami chcę, mam wrażenie, że próbuję sobie przypominać wydarzenia sprzed kilku dekad.
——-
Od samego początku walka wydawała się nierówna. On był jeden, nas całe zastępy. Zwłaszcza po pierwszych reakcjach na chemię wydawało się, że Złośliwy jest na straconej pozycji. Jaki był finał tej nierównej walki wszyscy już wiemy. Okazało się, że on nie był sam. Było ich wielu. I to dużo bardziej podstępni, niż się komukolwiek śniło w najgorszych snach.
W drodze z Przylądka do domu wykasowałam wszystkie zdjecia guza (które robiliśmy do celów porównawczych i edykacyjnych dla studentów). Nie mogłam na niego patrzeć. Każde spojrzenie na niego budziło w moim sercu totalnie obce mi uczucie, a wszystko w duszy krzyczało „nienawidzę cie!”. I nie dlatego, że był – do tego przywykłam przez tyle miesięcy. Nie dlatego, że mi Go zabrał – tak bywa, czy nam się to podoba, czy nie. Szczerze nienawidziłam go za to, że dawał nadzieję, że mamił wizją zwycięstwa, a po cichu niósł ból i bezlitosny koniec. Już nigdy się nie dowiemy, jak nasze losy by się potoczyły, gdyby nas tak nie oszukał. Czy wcześniejszy rezonans, zmiany sposobu leczenia przyniosłyby oczekiwane efekty? Być może nie, ale ten cień niewiadomej sprawia, że szczerze go nienawidzę i jego widok przyprawiał mnie o mdłości – dosłownie.
——-
Ciężko mi odtworzyć co się wydarzyło w ostatnim tygodniu życia Franka. To wszystko potoczyło się tak szybko. Chwile, gdy środki przeciwbólowe przynosiły ulgę przeplatają się z walką o tę ulgę. Tyle wiemy. Czasem mam przed oczami wyrywki z ostatniej nocy i dnia – ciepło pań pielęgniarek. Płaczące niebo. I pożegnanie – ciche i spokojne. Tylko nasze. Nic więcej nie pamiętam.
Nie chcę, aby niosło się w świat, że była to bezsensowna śmierć. Wiem, że wszystko jest po coś. Czasem po prostu tego nie zauważamy.
Franuś żył krótko, ale bardzo intensywnie. To, co go zaatakowało było niesamowicie rzadkie. Bardzo słabo przebadane. Do świata nauki i medycyny Franek wniósł zatem niewyobrażalnie dużo. Wierzę głęboko, że dzięki jego przypadkowi za kilka lat inny wojownik pokona tego drania i zabije w Dzwon Zwycięstwa, który mijałam setki razy i zerkałam z nadzieją, że kiedyś i my w nigo zabijemy.
Do tego, przez tych kilka miesięcy spotkaliśmy się z kilkudziesięcioma studentami medycyny. Liczę, że nasza historia utkwiła w części z nich i w przyszłości to zaoowocuje i na przykład uratują komuś życie stwierdzeniem, że nie są czegoś pewni i może warto zasięgnąć porady kogoś innego.
Kolejna sprawa – dzięki wspaniałości ludzi, którzy nas otaczają, a także tych, których poruszyła historia niemowlaka na onkologii, udało się zebrać pokaźną sumkę. A ciągle jeszcze czekamy na 1,5%. Te pieniądze dadzą radość innym. Nie zawsze pieniądze = zdrowie i życie, ale na pewno w chorobie są bardzo potrzebne. Czasem tak sobie myślę, że może wśród tych, którym pieniądze Frania pomogą, bedzie ktoś, kto wynajdzie lekarstwo na to cholerstwo. To by był zwrot akcji, nie?
I na koniec (może dla wielu bezsensowna myśl, ale nie dla mnie,bo tam byłami widziałam) – przez kilka miesięcy pobytu w Przylądku, przez znaczną jego część Franek dawał niezliczoną radość personelowi i rodzicom. Gdy był kabelkami podłączony do kroplówek, stawaliśmy w drzwiach do pokoju, a on zaczepiał każdego, kto przechodził. Uśmiechał się najszerzej, jak to możliwe (gdyby nie uszy, to uśmiech by się nie kończył – tak mówiły pielęgniarki). A gdy nikt na niego nie zwracał uwagi, to wydawał z siebie taki głośny dźwięk, który miał mówić „ej! Ludzie! Ja tu jestem!”. Całe morze radości. A gdy ktoś specjalnie przychodził po porcję uśmiechu, by się naładować na ciężki dzień pracy – jak na potomka żartownisiów przystało – brał na przetrzymanie. Czasem potrafił długo patrzeć na „petenta” z kamienną twarzą, po to, by za chwilę obdarzyć upragnionym uśmiechem. Wiem, że ten jego rozbrajający śmiech zostanie na długo w pamięci wielu tych, do których trafiał.
—–
Każdego dnia jesteśmy na grobie Franka. Dostaje zabawki, ma wiatraczek, puszczamy mu bańki. To jest część naszego życia. A we mnie, przez większość czasu – zero emocji. Czasem tylko jest tak strasznie przykro, że to się skończyło nim się zaczęło. Czasem tylko, gdy coś mi przypomni tamtą rzeczywistość albo czego już razem nie zrobimy, prostych, codziennych czynności – po prostu płaczę przez chwilę. A później znowu nic.
Myślę, że najgorsze jeszcze przede mną. Szczerze mówiąc to nawet mam taką nadzieję, bo nie chcę, aby nasza krótka wspólna historia tak się skończyła – bez emocji. Myślę, że mam na to dużą szansę. Zwłaszcza, gdy pójdę na strych uporządkować rzeczy, które w pośpiechu wrzuciliśmy tam po powrocie z Przylądka.
Dla tych, którzy wierzą w takie rzeczy powiem,że Franek się ze mną pożegnał. Tydzień po pogrzebie. Łucja spałam u dziadków, kota nie było w domu, a mnie zbudziło głośne „pa” wypowiedziane delikatnym, cienkim głosem. Gdy się przebudziłam, wokół panowała grobowa cisza. Ja wiem, że to był On.
P.S. chciałam podziękować za wszystkie dobre myśli i słowa słane do nas. Za każdą obecność fizyczną i duchową. Bardzo dziękuję pani Natalii, która mnie i Frania zna tylko z internetu, a w dowód jedności (jeżeli tak to można ująć) podarowała nam ogromy obraz na płótnie, z którego śmieje się do nas Franio. Pani Natalia nie zajmuje zawodowo tworzeniem takich obrazów. Po prostu chciała nam taki podarować. Brak słów.
