Jakie słowa lub zwroty wywołują u Was największe emocje? Są one pozytywne czy negatywne?
W ostatnim czasie lista słów i zwrotów,  na które moje ciało reaguje bardzo brutalnie wydłuża się. Nigdy nie sądziłam,  że słowa, które pozbawione kontekstu nie mają większego wpływu na moje zachowanie,  w momencie gdy się ten kontekst pojawi, potrafią sparaliżować. Potrafią jednocześnie ściskać boleśnie za gardło i sprawiać, że czujesz, że zaraz zwymiotujesz. A najgorsze jest to, że gdy myślisz, że gorzej być nie może,  to nagle słowo „nowotwór” staje się niemalże poranną herbatką. Nagle pojawiają się (krok po kroku, nie wszystkie na raz – to by było za proste): „złośliwy”, „bardzo agresywny”, „przerzut”, „nowe ogniska”, „jest o krok przed nami”. Nawet, wydawałoby się, optymistyczny zwrot: „walczymy dalej” – sprawia więcej bólu, niż daje ukojenia.


Chociaż miałam trochę czasu, aby oswoić się z najnowszymi informacjami,  to pisząc to teraz moje ciało oszalało. Zupełnie tak, jakby pierwszy raz o tym słyszało. Dosłownie odmówiło mi posłuszeństwa. Nawet nie sądziłam, że ciągle tyle energii mnie kosztuje myślenie o tym.


Gdy zaczynaliśmy obserwować pierwsze efekty podawania chemii, nie umiałam się cieszyć. Chociaż sam fakt, że Złośliwy reaguje i nie jest lekooporny był pocieszający. Metamorfozy, jakie przechodził guz niby cieszyły,  ale ciągle w duchu czułam,  że on się nie podda tak łatwo. Że to nie jest jego ostatnie słowo. W głowie kołatały mi odniesienia do mitologicznych istot. Raz, gdy guz malał,  ale widoczne były pod powłoką malutkie guzki, z ktorych jakby się składał, czułam, że mamy do czynienia z Hydrą – my jej ucinamy jedną głowę, a ona na to miejsce wypuszcza dwie nowe. Innym razem, gdy guz był już bardzo mały, zaczął się uwidaczniać mały fragment, który zdawał się ostrzegać: powstanę niczym Feniks z popiołu!
Co człowiekowi zostaje w beznadziejnych sytuacjach? Łapie się tego, co może. No więc cieszyły pierwsze obrot na plecy, gdy guz się zmniejszał. Cieszył każdy promienny uśmiech, którym F. zaczepiał każdego, kto przechodził obok.


Protokół walki z mięsakami (taki dokument, w którym są rozpisane cykle: co i kiedy) mówił,  że chemia podawana jest przez 2 dni, później płukanie organizmu, dochodzenie do siebie i w trzecim tygodniu znowu chemia. Dzień czy dwa przed kolejnymi cyklem zauważyliśmy, że ten cypelek najpierw się pojawił, a następnym razem przed samym cyklem nabierał rumieńców. Mówiłam wtedy: no chodź, dziadzie! zaraz dostaniesz po dupsku. No i tak było. Guz znowu się zmniejszał. Ale nie bez powodu Złośliwy nazwany jest „złośliwy” i „agresywny”. Pozwalał nam mamić się wizją zwycięstwa. To tak, jak (wracając do mitologii) Koń Trojański. Mówił: dam Wam poczucie zwycięstwa. Uśpię. A gdy stracicie czujność, ja cichaczem będę robił swoje.


O skutkach trojańskiej trucizny dowiedzieliśmy się kilka dni przed Wielkanocą. Chociaż na koniec stycznia kości były czyste, tak marcowy rezonans już nie był tak łaskawy. Do tego, płyn w płucach nie był przypadkowym.
Wtedy padło to zamienne „jest o krok przed nami”. Ale byliśmy już mądrzejsi o doświadczenie. Wiedzieliśmy które leki działają bardziej niż inne. Plan był prosty – uderzyć tym, czego Złośliwy nie lubi wtedy, gdy się tego nie spodziewa.


Przybyliśmy więc we wtorek, zaraz po świętach do Przylądka. Pełni nadziei. Nagle rutynowe działania, jakimi jest pobranie krwi do badań, okazało się niemożliwe -> port przestał działać. Nie pomogły próby uruchomienia go nawet pod narkozą. Nie udało się również wkłuć do żył udowych. Brak wkłucia = brak rozpoczęcia cyklu. Na szybko trzeba było organizować zespół chirurgów,  którzy założyli nowy port. Cykl ruszył dopiero w czwartkowe popołudnie. Czyli i tak 2 dni przed datą wskazaną przez protokół. Niby optymistycznie…ale miało być 5 dni… Czas pokaże co zwojowaliśmy.


Jakby przygód z portem było mało,  F. zaserwował nam inne atrakcje. W niedzielę (a jakże) znów zaczął mieć problemy z oddychaniem. Rentgen nie pozostawiał wątpliwości: potrzebny dren. Niestety od rana też mocno spadł poziom hemoglobiny,  więc do tego jeszcze szybka akcja z przetaczaniem krwi.
Gdy czekaliśmy na zabieg (który koniec, końców odbył się o 2 w nocy) F. był pod tlenem. Mimo to, w pewnym momencie oddychanie zaczęło sprawiać mu ogromną trudność. Trzymałam na rękach to malutkie ciałko i w ciszy je żegnałam. Nie było we mnie wtedy nawet odrobiny nadziei,  że doczekamy do zabiegu. Nie wiem ile to wszystko trwało: 5 min? 10? Może pół godziny? Potem oddech się wyrównał i wszystko wróciło do normy. O ile normą jest transfuzja krwi w drodze na blok operacyjny.


Dziś, ponad tydzień od tamtych wydarzeń, drenu już nie ma, a uśmiech z buźki F. schodzi tylko, gdy śpi lub gdy chce jeść. Ostatnio Pani pielęgniarka,  ktora zaczynała nocną zmianę po tym, gdy zobaczyła zaczepnego „rogala” stwierdziła,  że teraz już jej się chce pracować 💖


I tak sobie żyjemy z dnia na dzień, czerpiąc z uśmieszków najwięcej, jak się da.
Do tego zaczęliśmy rozszerzanie diety i próbujemy pokazać F. że poza cycem też jest świat 😉


A jaki jest plan na Złośliwego? Wkrótce zaczynamy kolejny cykl. Dużo przed czasem. To znaczy…taki jest plan, a w którym miejscu się plan wykrzaczy? A może pojdziemy na rekord i tym razem wszystko pójdzie gładziutko? Opowiem nastepnym razem.


Ponieważ F. rozdaje swoj uśmiech w czasie rzeczywistym „tu i teraz”, a nie dla potomnych, to zostawiam Wam tutaj tę namiastkę uśmiechu 😉