
Wisława Szymborska napisała kiedyś o pewnej nieustraszonej kobiecie „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Ja bym chciała sparafrazować słowa noblistki i powiedzieć: tyle wiemy o ludziach wokół nas, na ile ich potrzebujemy. Co to znaczy? No to zaczynamy 🙂
Żyje sobie taki człowiek na tym Łez Padole. Ma swoje sprawy. Swoich znajomych. Swoje problemy. Pewnie nawet taki człowiek nie zastanawia się, po co mu ci wszyscy ludzie wkoło. Ci mijani w sklepie i na ulicy, ci wśród znajomych na FB czy ci dawno nie widziani z czasów szkolnych. Myśli sobie człowiek – mam swój świat, w którym jest mi dobrze.
I wtedy na człowieka spada grom z jasnego nieba. I człowiek już wie, że nie jest anonimowy, nie jest zapomniany, nie jest obojętny. Naprawdę, brak mi słów (a rzadko się to zdarza), aby opisać to, co nas spotkało z Waszej strony, gdy w świat poszła informacje o chorobie naszego synka.
Ten łańcuch dobroci zaczął się od makowca od I. – naszej sąsiadki i podrzuconego przez nią czajnika turystycznego, by umilić nam pobyt w szpitalu, gdy nasz „naczyniak” zaczął krwawić. Już wtedy też zaczęły spływać do mnie liczne słowa otuchy od znajomych. A przecież chodziło o kilka dni w szpitalu na przełomie roku.
Mój umysł nie jest w stanie ogarnąć tego, co się wydarzyło, gdy Złośliwy postanowił się ujawnić. Prócz słów wsparcia, już nie tylko od tych najbliższych, zaczęły płynąć modlitwy. Morze modlitw – w kościołach, domach, czy nawet społeczności fejsbukowej 🫣
Ludzieńki nie tylko z Wrocławia oferowali wszelaką pomoc. Nawet! proponując dostarczenie jedzenia 🙃 czy opiekę nad Ł.
Największym chyba dla mnie szokiem, że „tak się da” były liczne inicjatywy dwóch społeczności. W jednej się wychowałam i kiedyś mieszkałam, w drugiej mieszkamy od niedawna.
Nie jestem w stanie wymienić tu każdej akcji i podziękować każdemu z osobna. Pewnie też o wielu aktywnościach nawet nie wiem.
Dziękujemy za każde udostępnienie informacji o zbiórce i przekazaniu 1,5%, za ulotki i plakaty oraz za same wpłaty i przekazanie 1,5%.
Niemalże chwilę po otworzeniu zbiórki jedna z hrubieszowskich szkół podstawowych postanowiła przeznaczyć dla F. fundusze z zorganizowanego kiermaszu. Chwilę później druga ze szkół, w której przez lata pracowali moi rodzice, podczas dni otwartych zbierała pieniądze na specjalnie przygotowanym stoisku. Ponadto hrubieszowska społeczność wykazała się licznymi inicjatywami, które miały przyczynić się do rozpowszechniania informacji o zbiórce. Ilości udostępnień nie jestem w stanie policzyć. Grafiki i linki zaczęły już żyć własnym życiem. /zdj. z profilu SP1 w Hrubieszowie/

Coś niesamowitego zadziało się w naszej obecnej społeczności, której względnie anonimową częścią jesteśmy od niedawna. Głównym motorem napędowy były Rogożanki – Koło Gospodyń Wiejskich. To jest jakieś szaleństwo, co te kobitki wyczarowały. Jak nie joga (O. bardzo dziękuję), to sprzedaż ręcznie robionych gipsowych cudniek wykonanych przez A. Totalne szaleństwo zadziało się podczas kiermaszu – panie zadbały o asortyment: ponad 20 blach ciast, przepiękne rękodzieła, vouchery i inne drobiazgi. Ojcowie franciszkanie z naszej parafii (w której F. nie zdążył przyjąć chrztu) użyczyli przestrzeń i zachecali do uczestnictwa w tym przedsięwzięciu. Mieszkańcy Rogoża, Kryniczna, Malina i pobliskich wiosek przeszli samych siebie w swej hojności. A jak się okazało – Gospodynie nie lubią próżni i kombinują dalej 🫣 /zdj. z profilu KGW Rogożanki/




Fanty na kiermaszu rozeszły się niemal w całości na pierwszej Mszy. My, na drugiej, nie załapaliśmy się nawet na okruszki ciastek 🫣 Po drugiej Mszy nie została już nawet malutka serwatka. I nie dziwi to, bo rękodzieła były naprawdę piękne!
Kolejnym przemiłym zaskoczeniem było zaangażowanie się w zbiórkę przedszkola Ł. Zebrane w czsie wielkanocnego kiermaszu pieniadze wesprą zbiórkę. Tu bardzo dziękujemy wszystkim rodzicom i dzieciom, którzy przygotowali wypieki, A. za rękodzieła 💖 i każdemu, kto jakkolwiek zaangażował się w kiermaszu – czy fanem czy wpłatą 💝
Nawet Ł. wyciągnęła swoje zaskórniki (których mocno strzeże) i dorzuciła coś od siebie.

Wiadomo, przy chorobie onkologicznej pieniądze są bardzo ważne (nawet nie chcę myśleć, co na nas czeka), ale dla nas tak naprawdę okazało się najważniejsze coś innego – poczucie, że ma się wkoło siebie ludzi, na których można liczyć. Nawet, gdy się w swej dumie, o pomoc nie prosi.
Część z Was kojarzy już walentynkową akcję, ale chcę, aby też to wybrzmiało tutaj, więc szybko streszczę jej przebieg. W walentynki miał być kręcony teledysk do pioseni z przepięknymi słowami napisanymi przez tatę jednej z mieszkanek Przylądka. Gdy zaczęła grać muzyka, a niesamowity Pan Roman puszczał ogromne bańki mydlane, podeszłam z F. do okna, gdzie zebrani uczestnicy robili „rundkę honorową” dookoła Przylądka i machali sercami. Nagle dostrzegłam jedną znajomą twarz, za chwilę kolejną i kolejną. Okazało się, że moje wspaniałe wariaty zrobiły nam niespodziankę i przyłączyli się do imprezy. Całe szczęście, nie byliśmy już podłączeni do kroplówki, więc F. wskoczył w swój za duży kombinezon i polecieliśmy na ławeczkę oglądać występ. Było to wydarzenie ważne, bo piosenka naprawdę jest mega. Ale dla mnie miało wartość dodaną. Takie momenty naprawdę dmą w żagle. /zdjęcie wykonał P. który na zdjęcie się nie załapał/

Jest jeszcze jedna grupa, której chciałabym podziękować. Jeszcze kilka miesięcy temu nawet bym nie przypuszczała jak jest ważna. Chodzi o dawców krwi. Dziś, z ogromną wdzięcznością i pełnym zrozumieniem słów, mogę powiedzieć: Honorowi Dawcy Krwi. To dzięki nim, gdy tylko pojawia się taka potrzeba, gdy hemoglobina F. niepokojąco spada, do banku dzwonią, jak do pizzerii: proszę taką i taką grupę. I już za chwilę mój synek nabierał kolorów. Szanowni Dawcy Krwi – jesteście wielcy! Dziękuję!

I na koniec taka refleksja – zawsze ja i W. a także nasi bliscy staraliśmy się nieść dobro, nie robić ludziom problemów i dawać radość. Wiadomo, nie zawsze to się udawało, ale jednak. Czy to, co się wkoło nas zadziało, to pokłosie naszego postępowania, w myśl zasady, że karma wraca? A może jednak moc tych wszystkich ludzi wyszłaby na światło dzienne nawet mimo naszego mniej życzliwego podejścia do świata, w myśl zasady – dobro wraca? Tego się raczej nie dowiemy. Ja ze swej strony mogę powiedzieć tylko jedno – warto być dobrym. I nie dlatego, że kiedyś my możemy tej dobroci potrzebować. Tylko tak po prostu, dla samych siebie. Bo to jest naprawdę fajne uczucie. I lepiej się wtedy żyje.
Szybciutko aktualizacja sytuacji.
Z najważniejszych spraw należy wspomnieć, że F. leży już na plecach! Guz jest bardzo mały. Przerzut pod pachą także jakby zmalał.
Choć ostateczna decyzja wisiała na włosku i parokrotnie była przekładana, to udało się nam spędzić tydzień w domu. Później wróciliśmy na kolejny (trzeci już) cykl chemioterapii. Mamy już go za sobą. Ale odnotowaliśmy także nieplanowane akcje, jak wizyta na bloku operacyjnym, dren w płucku i przebywanie na Oddziale Wzmożonego Nadzoru. W drugim dniu cyklu (w niedzielę, gdy nie ma pełnego zespołu medycznego) F. nagle zaczął słabo oddychać. Podłączony pod tlen miał robione RTG i USG, które wykazały znaczną ilość płynu w płucu. Po tygodniu dren został wyjęty. Mam nadzieję, że już płyn się nie pojawi.
Mamy już też za sobą kontrolny rezonans całego ciałka. Czekamy na dokładny opis.

Niesamowity w tym wszystkim jest F. który od kiedy poczuł się lepiej nie przestaje się śmiać i zaczepiać panie pielęgniarki i lekarzy. Często, trzymając go pleckami do swojego brzucha, nie mogę poważnie porozmawiać z lekarzami, bo zamiast mi odpowiadać odpowiadają na jego zaczepki. Jego uśmiech jest hipnotyzujący, rozzbrajający i nie dający się .

Wszystko dzieje się po coś. Żeby wydłubać z siebie sieba, trzeba doświadczy tych najtrudniejszych chwil. Nie mam wątpliwości, że wszysko skończy się dobrze. Pod długiej przerwie 🙂