Żyje sobie człowiek na tym Łez Padole i tyle wie o świecie, co mu FB powie, no może jeszcze jakiś Wykop czy inny Pudelek. Nasza bańka informacyjna nie ogranicza się jedynie do polityki czy ulubionych twórców. Dotyczy tak naprawdę każdej płaszczyzny życia.
No więc żyje sobie taki człowiek w swojej bańce. Wie, że na świecie są dobre, mniej dobre i bardzo złe rzeczy. Ba! czasem nawet rzuci groszem by pomóc komuś, kto jest w potrzebie. Ale tak naprawdę ilu z nas wchodzi w temat głębiej? Nie mówię od razu o wolontariacie, ale po prostu by wiedzieć na przykład kto stoi za machiną ratującą ludzkie życie.
Ja z lekkim rumieńcem zawstydzenia muszę przyznać,  że chociaż często „rzucałam” owym groszem czy angażowała się w licytacje i zbiórki,  to na tym moje zaangażowanie się kończyło.  Nawet nie wynikało to z braku chęci,  co tak po prostu. I nagle to się musiało zmienić.  Tak z dnia na dzień. A nawet z godziny na godzinę, bo chwilę temu miałam zdrowe dziecko, a teraz mam bardzo chore.
W ostatnim wpisie nie było miejsca na takie ludzkie emocje i kwestie organizacyjne, które na nas spadły,  więc szybko wyjaśniam. W poniedziałek 19.01 wiedzieliśmy,  że w każdej chwili może przyjść pan profesor z informacją o wyniku badania histopatologicznego. Żeby nie brać wszystkiego sama na klatę (bo jak wiecie, przeczuwałam, że mogą nie być dobre), to miał cały czas być ktoś ze mną. Traf chciał, że akurat W. z tatą się wymijali na parkingu, gdy przyszedł do mnie profesor. Gdy wyszedł pamiętałam tylko kilka haseł: „nowotwór”, coś na „m” brzmiące jak mięso, „przylądek”, „onkologia” i „hematolog”. Po jego wyjściu zaczęłam wpisywać do internetu: nowotwór mięs… No i pokazał się mięsak. Nie dość, że nowotwór,  to jeszcze złośliwy.
Gdy wrócił W. próbowałam powtórzyć mu wszystko, co pamiętałam. Zaczęliśmy szukać informacji o owym przylądku >>W. był jeszcze lepszy ode mnie, bo myślał,  że chodzi o jakiś Lądek 😅<<. Jedyne co pasowało do naszej sytuacji, to Przyladek Nadziei Klinika onkologiczna dla dzieci. Padł na nas blady strach. Co prawda profesor nie wspominał o pieniądzach,  nie pytał czy nas na to stać, ale wiadomo, że w takich sytuacjach kasa schodzi na drugi plan i wykopuje się ją spod ziemi. Wystarczyła chwila czytania i było jasne, że jest to miejsce, za które nie płacimy. Do tego miało super opinie, a sam profesor też wypowiadał się o nich w samych superlatywach.
No i taki człowiek, wychodzący ze swojej bezproblemowej bańki informacyjnej, staje na progu Nadziei. Dezorientacja, przerażenie, ciągłe trzymanie łez na baczność. A tu, wita nas jeden Uśmiech, później drugi, i kolejny. Do tego dowiaduję się,  że tutaj (w przeciwieństwie do szpitali) nie wierzą w cudotwórczą moc matek w produkcję mleka z powietrza i będę dostawać jedzenie. A do tego mam własne łóżko, a na nim poduszka i koc w świeżo wyprasowanych poszewkach. Szybko musiałam sobie piżamę załatwić,  bo do tej porty spałam w dresach pod kocem czy nawet swetrem.
No i taki człowiek wchodzący w nową rzeczywistość myśli, że już wszystko wie. Jest w dobrym miejscu, pod dobrą opieką i jedyne, co pozostało to oddać się w te dobre ręce i czekać. A tu nagle do drzwi pokoju puka ktoś. To Ola z fundacji Cancer Fighters. I zaczyna opowiadać, że chemia wyniszczy ciałko i będą potrzebne preparaty, specjalna pielęgnacja, odpowiednie żywienie. Że w domu bedzie trzeba zadbać o specjalne sprzęty, warunki, oczyszczanie. Że będzie potrzebna rehabilitacja. Specjaliści. I człowiek,  który myślał,  że już oswoił sytuację czuje,  że nie daje rady utrzymać łez na baczność. 
I tu pojawia się pierwsze światełko w tunelu. Okazuje się,  że właśnie tu jest przestrzeń na współpracę z fundacjami. Może nie zmniejsza to trudu i bólu na widok obolałego ciałka, ale pozwala nie myśleć o tym, jak to zrobić, żeby nie bolało. Żeby nie musieć rezygnować ze zdrowej, pozbawionej chemii żywności,  na rzecz niezbędnych artykułów medycznych. Zorganizowana zbiórka pozwala jakoś przetrwać ten trudny czas.
No i znowu, wstępnie poukładane myśli człowieka zaczynają się kotłować. Czy aby na pewno to jest dla nas? Ja mam pracę,  Wiktor ma pracę, mamy rodzinę, na którą możemy liczyć. Na pewno są inni, którzy potrzebują bardziej. Takie pytania zaprowadziły nas do drugiej fundacji. Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową okazała się być takim dobrym duszkiem, który od 25 lat wspiera dzieci i ich rodziców. To oni pomagali sfinansować ten nowy budynek, w którym teraz mieszkamy i zaprojektować go tak, aby nie było czuć, że to szpital. Dzięki nim po korytarzach i salach przechadza się bardzo wesoły pan psycholog, który czujnym okiem spogląda na dzieci i ich rodziców, aby mieć pewność,  że zareaguje, gdy będzie taka potrzeba. A tą potrzebą może być przypilnowanie dziecka, by rodzic na chwilę odepchnął. Dzięki nim na posterunku czuwa neurologopeda, która jeszcze na końcówce dyżuru wpadnie, by skonsultować obawy rodziców. To dzięki nim obolały od noszenia Kloca, kark matki rozmasuje fizjoterapeuta. Ilu jeszcze dobrodziejstw płynacych od fundacji nie poznałam, aż strach myśleć  😉
Co najważniejsze, obie fundacje wspierają dzieci w ich dzieciństwie. F. jest jeszcze za mały, aby korzystać z zabw i warsztatów, które organizowane są każdego dnia. I tak sobie myślę,  że fundacje ogólnie cieszą się złą sławą. Nierzadko słyszy się opinie, że fundację załada się po to, by się obłowieć. I wiecie co? Nawet jeżeli tak jest tutaj, to na zdrowie! Bo to, co obie fundacje KAŻDEGO DNIA dają dzieciom i ich rodzinom jest bezcenne. Drobiazgi, gesty, prezenty, czas. Ponieważ F. nie korzysta w pełni z ich oferty, to korzysta na tym Ł. i często wychodzi z jakimś drobiazgiem. Podejrzewam, że gdyby nawet F. korzystał,  to i tak nikt nie pozwoliłby stać  Ł. z boku i patrzeć.
A to, że pomagają przy okazji zebrać fundusze na leczenie, to przy tym wszystkim, to dodatek.
Ktoś powie, że przecież jest WOŚP.  A i owszem,  mijamy na oddziale sprzęty opatrzone ich naklejkami. Zwykle jest to dar z roku 2025, gdy wspierane były dziecięce odziały onkologii i hematologii. Może i kosztownie, i z rozmachem,  ale… maksymalnie raz w roku. A fundacje są z nami dzień i noc (naprawdę zostaliśmy poinformowani, by w razie potrzeby dzwonić w nocy). Czuć tę bliskość i życzliwość. I za to wszystko wielkie dzięki  🙏

A wracając do zbiórki – zdecydowaliśmy się zbierać pieniądze z dwóch powodów: bo czasy są niepewne i nie wiemy, czy z dnia na dzień któreś z nas nie straci pracy. A po drugie – nie wiemy co czyha na nas za rogiem zwanym „chemia” i co ma dla nas jeszcze w zanadrzu Złośliwy. Ostatecznym argumentem była możliwość przekazania pieniędzy na inny cel, gdy uznamy, że już ich nie potrzebujemy.


I jeszcze na koniec anielskiego orszaku crem de la crem – personel medyczny i sanitarny, który na codzień trzyma wartę przy pacjentach. Coś tam w życiu przeszłam i coś tam wiedziałam, więc mogę oceniać i wyciągać wnioski. Nie wiem, jakie są kryteria przyjmowania do pracy w Przylądku, ale nie zdziwiłabym się,  gdyby się okazało,  że kandydat przechodzi psychotesty. Ze świecą szukać takiego pracownika, którego z chęcią wysłałoby się do sąsiadującego szpitala, w którym (jak to w szpitalach) bywają zgoła odmienne standardy. Przechodząc tunelem pomiędzy tak bliskimi budynkami, ma się wrażenie, że się trafiło do innego świata. I nie chodzi o to, że będąc w takim miejscu, jak Przylądek, pracownik przestawia myślenie. To coś po prostu trzeba mieć w sobie. Nie będę przytaczać historii z ostatniej naszej nocy na chirurgii, gdy diagnoza F. była już znana. W takich momentach liczą się najdrobniejsze gesty. Tu o tym wiedzą. Tu jest po prostu magiczne miejsce.


A personel sanitarny? W różnych szpitalach przebywając zawsze miałam wrażenie, że większość salowych (większość,  ale nie wszystki!) w pokoju socjalnym prowadzi rankinkingi: kto więcej osób zbudzi. Poczynając od wchodzenia do sali w klimacie: „z buta te drzwi”, przez wyciąganie worka na śmieci z wdziękiem słonia, po obijanie wszystkiego mopem podczas mycia podłogi. A tu? Okazuje się, że można zapukać i cichutko otworzyć drzwi. Można bezszelestnie zmienić worek na śmieci i niemalże na palcach umyć salę. Tak jakby panie prowadziły statystyki- która najmniej osób zbudzi.


Na temat lekarzy czy pielęgniarek nie będę się nawet rozwodzić. Gdyby Huxley miał dzisiaj napisać „Nowy wspaniały świat” widząc, co tu się dzieje, zrezygnowałby z opisu antyutopii, a stworzyłby utopię w oparciu o to, co tu by zobaczył.


Także tak, drogi Czytelniku – nic na tym świecie nie dzieje się samo. Ten Przyladek nie tworzą pieniądze, dofinansowania, datki. To miejsce tworzą ludzie. Inaczej: to miejsce tworzą Ludzie! I obyś nigdy nie musiał korzystać z ich uprzejmości. Ale jeżeli los tak pokieruje Twoimi drogami,  to życzę Ci, aby to byli tylko tacy Ludzie.

Wiadomo, że Anioły latają, a dowodem na to, że nie wszystkie mają skrzydła, jest Doktor Jadzia. Niewątpliwy Anioł, który chociaż może zlecić innym zaniesienie lub przyniesienie czegoś z innego oddziału, który może też poprosić o to kogoś (każdy dla Niej by to zrobił), to sama startuje z miejsca i leci korytarzami. Tak, jakby Anioły nie potrafiły chodzić wiedząc, jak ważny jest czas.