"Wcale nie jestem frajer, kiedy szczęście Wam daję"

NYPodróżePrzygoda

Konsulat amerykański nie taki straszny jak go malują

Ponieważ wielkimi krokami zbliża się czas mojego urlopu, a więc i wizyty w NYC, to opowiem Wam dzisiaj jak mi poszło z wyrabianiem wizy. Jak wiadomo – w Internecie jest wszystko, więc i informacji na temat wizyty w konsulacie jest cała masa i można odnieść wrażenie, że ma bardzo złą sławę. A według mnie sama wizyta, to najprzyjemniejsza część wyrabiania wizy.

Całą przygodę należy zacząć od wypełnienia miliona plików i dokonania niemałej opłaty. No ale jak się chce wozić po Stanach, to nie ma wyjścia 😉 Dokumentacja jest prawie w całości w języku angielskim, więc trochę się trzeba namęczyć, bo z niektórymi zwrotami i określeniami, to bez słownika ani rusz. Opłata jest za ROZPATRZENIE wniosku, więc nie jest zwracana gdy się np. wizy nie dostanie. Nie wiem albo raczej nie pamiętam jak jest w przypadku gdy się na spotkanie nie dotrze lub gdy dokumenty nie są kompletne. Przynajmniej w kwestii tego drugiego coś mi świta, że chyba jednak kasa przepada, bo przecież urzędnicy i tak poświęcili czas na przeanalizowanie czy wszystko jest.

Kolejnym, mało przyjemnym punktem jest zdjęcie! Ech… Pozwólcie, że skomentuję tylko to, że jest napisane aby mieć formę elektroniczną i papierową. My wykorzystaliśmy tylko te elektroniczne, a o fizyczne nikt nawet nie zapytał. No i teraz zostałam z kilkoma zdjęciami, na których wyglądam jak terrorysta.

Jakie dokumenty można zabrać na spotkanie z konsulem aby uwierzytelnić swoją osobę? Można tak naprawdę wszystko: akty własności, papierek z zatrudnieniem, zaświadczenie o zarobkach, książeczkę zdrowia psa 😉 itd. My wzięliśmy jedynie zaświadczenie o zatrudnieniu. Stwierdziliśmy, że swoją godność mamy i nie będziemy za wszelką cenę prosić o wpuszczenie nas do Królestwa. Chcemy jechać tam i zostawić im kasę, więc jeżeli tego nie chcą, to ich problem. Będą biedniejsi o parę dolarów i ubożsi o możliwość obcowania ze mną!

Samo umawianie wizyty, to moment i okres oczekiwania, to chwila. W gorącym okresie przedwakacyjnym najbliższy termin w Krakowie, to niecały tydzień.

Spotkanie miało się odbyć o godzinie 9:15. Więc zaczęliśmy planować, analizować, o której trzeba być, czy jechać od razu z Wrocławia i tak dalej. Podróż tego samego dnia odpadła z 3 powodów: bylibyśmy skonanie po wczesnej pobudce i podróży; nigdy się nie da przewidzieć co może zastać nas na drodze – a spóźnić się nie chcieliśmy; jechał z nami Suczulek, więc zostawienie jej w samochodzie odpadało. Dlatego przyjechaliśmy dzień wcześniej. Nie wiedzieliśmy też ile potrwa cała akcja i czy wyrobimy się z wymeldowaniem do 11, a przecież Sona musiała gdzieś zostać. Dlatego wzięliśmy drugi nocleg, a co!

Tak bardzo nie chcieliśmy się spóźnić, że pod konsulatem byliśmy chwilę po 8:30. Trochę nas przerażało, że będziemy sterczeć tam przez 45 min razem z grupką innych, żądnych przygód podróżników. Zaraz jednak się okazało, że wyszła do nas pani z listą i zaczęła: zapraszam osoby na 8:45. Podeszła grupka pokazując paszporty. Gdy wszystko grało, zapraszała ich do środka. Gdy myśleliśmy że to koniec, pani kontynuowała: zapraszam osoby z 9:00. Znowu zebrała się grupka pokazująca paszporty. Za chwilę podbiegł do niej chłopak z wyciągniętym paszportem i wywieszonym jęzorem krzycząc, że on na 8:30 (no to sobie poleciałeś – pomyślałam). A pani zerknęła na paszport i odesłała go do konsulatu – czyli jednak można się spóźnić. Nie minęła chwila, a my już przechodziliśmy przez bramki. W Internetach było napisane żeby nie mieć ze sobą żadnych rzeczy, bo nie ma gdzie zostawić, więc nie mieliśmy nic prócz kluczyków do samochodu i dokumentów, a okazało się, że jest tam sporo szafeczek zamykanych na klucz gdzie można to było zostawić.

Po przeskanowaniu nas, mili i eleganccy panowie pokazali nam kierunek, w którym mamy się udać. I naszym oczom ukazał się długo wyczekiwany, owiany sławą i tajemnicą – konsulat amerykański! Czyli – nic specjalnego 😀 Stosunkowo ciasny metraż i zawijane kolejki petentów. Dopiero później się okazało, że te zawijasy to przemyślana układanka, a nie takie hop-siup.

Zewnętrzną stroną udaliśmy się do pierwszej kolejki. Po chwili pani naklejała nam na paszporty okropne naklejki, których jeszcze długo później nie mogliśmy zmyć do końca. Gdy nas sobie odhaczyła pokierowała nas do bardziej wewnętrznej części zawijasa. Ubaw był nie z tej ziemi, bo najpierw bawiłam się w „kierunkowskaz” i wchodzących, jeszcze wystraszonych towarzyszy amerykańskiej niedoli kierowałam do prawidłowej kolejki 😀 Dla nas ruch kolejki był dość logiczny, ale okazało się, że nie dla wszystkich. Co druga osoba skręcała nie tam gdzie trzeba, więc moja pomoc była dla nich jak manna z amerykańskiego nieba. Gdy przesunęliśmy się tak, że już nie mogłam udzielać wsparcia, to do głosu doszło moje ADHD, które uaktywnia się gdy stoję w kolejkach. Zaczęłam więc kołysać się do przodu i tyłu, czasem na boki, a także nerwowo (tak to mogło być odbierane) przestępować z nogi na nogę. Po pewnej chwili W. mówi: uspokój się, bo zwracasz na siebie uwagę. Jak się tak dyskretnie rozejrzałam, to rzeczywiście jedyny ruch jaki zauważyłam, to ten w kierunku początku kolejki. Ale całe szczęście nie musiałam wystawiać na próbę ani siebie, ani Wielkiego Brata, który pewnie czuwał w ukryciu, bo przyszła nasza kolej podejścia do okienka, w którym zdjęto nam odciski palców i odesłano do następnej kolejki (tej najbardziej w środku).

Po chwili oczekiwania byliśmy już pierwsi w kolejce i pełni różnych emocji i napięć wyczekiwaliśmy, do którego z trzech okienek trafimy (oczywiście mieliśmy czas wyrobić sobie opinię na temat poszczególnych konsuli ;)). Nagle usłyszeliśmy niemalże czysto polsko brzmiące „zapraszam”. Była to stosunkowo młoda, gabarytowo typowa Amerykanka mówiąca po polsku. No i się zaczęło.

Pani do nas: do kogo jedziecie? My, niemalże chórem: do nikogo! Ona na nas i grzecznie powtarza pytanie: Do kogo jedziecie? No to my jeszcze bardziej stanowczo, nie dając po sobie poznać zdenerwowania: do nikogo! Chwila przerwy i: nie pytam do „kogo” tylko do „kOgo!” (mocny akcent miał znaczyć, że wystawiamy jej cierpliwość na próbę), więc żeby załagodzić sytuację przeszliśmy na jej ojczysty język: To nobody 🙂 Już niemalże przez zęby powtórzyła raz jeszcze: DO-KĄD! Ach „Dokąd”! Jak na zawołanie razem z W. parsknęliśmy śmiechem, powietrze z nas zeszło i powiedzieliśmy, że turystycznie do Nowego Jorku. Myśleliśmy, że panią to też rozbawiło, ale byliśmy w ogromnym błędzie. Niby już poprosiła nas o pozostałe papiery, ale nagle, bez słowa wyjaśnień, wyłączyła mikrofon, odwróciła się na krześle, energicznie mówiła coś do osoby siedzącej nieopodal. Już widzieliśmy oddalające się zarysy wizy, gdy po chwili i jakby nigdy nic wróciła i kontynuowała rozmowę. W sumie rozmową bym tego nie nazwała, a raczej urzędową procedurą wg zasady: minimum słów. Najważniejsze jednak było co padło na koniec: wiza przyznana. Za 3 tygodnie odbiór paszportów. Wtedy dopiero odetchnęliśmy z ulgą!

Gdy wyszliśmy już po wszystkim, to ratuszowy zegar wskazał 9:15 – czyli godzinę, na którą planowo mieliśmy wejść. Tym sposobem zyskaliśmy cały dzień w Krakowie.

Anegdotka:

Ponieważ poszczególne dokumenty, potwierdzenia spływały na maila w różnym czasie coś tam nas zaniepokoiło. A że w niesmak mi była strata 600zł, więc na kilka dni przed umówioną wizytą zadzwoniłam na infolinię z pytaniem. Gdy zaczęłam mówić, że za dwa dni mam wizytę w konsulacie uświadomiłam sobie, że zapomniałam jak to słowo brzmi i celowo spowalniałam wypowiedź aby sobie szybko przypomnieć. Prawie mi się udało! Wyszło: Za dwa dni mam wizytę w konsultacie >>lol<<


Nowy Jork

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *